Blog > Komentarze do wpisu
5. Festiwal "Kamera Akcja": Kultowy VHS - Relacja z pokazu filmu Deadly Prey

VHS Hell, stosunkowo młoda, rodzima inicjatywa stawiająca sobie za cel kultywację mniej reprezentatywnego oblicza analogowego dziedzictwa przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, zawitała w końcu do Łodzi. Objazdowy cykl, powołany do życia kilka lat temu na terenie Trójmiasta przez pasjonatów kina klasy B, przystanął 10 października przy ulicy Łąkowej, na terenie byłej Wytwórni Filmów Fabularnych, aby w ramach rówieśniczego festiwalu Kamera Akcja zaprezentować film Deadly Prey (1987).

Obraz wyreżyserowany przez Davida A. Priora jest jednym z wielu,  które w tamtym okresie inspirowały się, a wręcz kopiowały rozwiązania od kasowego Rambo: Pierwsza krew (1982). Kilka lat po wykreowaniu przez Sylvestra Stallone’a wizerunku muskularnego herosa rozprawiającego się w pojedynkę z całą hordą uzbrojonych przeciwników, na amerykańskim podwórku zaczęły pojawiać się realizacje ewidentnie nawiązujące do dzieła Teda Kotcheffa: od blockbusterowego Komando (1985) z Arnoldem Schwarzeneggerem, po niskobudżetowe Oko tygrysa (1986). Wariacje na ten temat zaproponowało również kino włoskie [Thunder (1983), Double Target (1987), Strike Commando (1987)] i tureckie [Rampage (1986)].

Deadly Prey oferuje należycie kuriozalną anegdotę. Niedaleko Los Angeles obozuje grupa silnie zmilitaryzowanych najemników dowodzona przez zwyrodniałego pułkownika Hogana. Ulubioną praktyką tej pokątnej armii są ćwiczenia na tzw. „żywych celach”, za które służą uprowadzeni wcześniej przypadkowi mężczyźni. Kierowani przez Hogana żołnierze nie wiedzą, że ich ostatnią zdobyczą jest nieposkromiony Mike Danton, maszyna do zabijania wyszkolona niegdyś przez ich własnego dowódcę.

Pokaz rozpoczął się po północy, a więc tak, jak przykazałby Ben Barenholtz, właściciel nieistniejącego już, nowojorskiego kina Elgin, będącego niegdyś mekką słynnych Midnight Movies. To właśnie tam zombie George’a A. Romero spotykały się z najobrzydliwszymi ludźmi świata Johna Watersa. Naciśnięcie przycisku play na panelu magnetowidu poprzedziło krótkie wprowadzenie Krystiana Kujdy, jednego z założycieli VHS Hell, w którym zachęcał widzów do spontanicznych, żywiołowych reakcji podczas seansu oraz śmiałego komentowania filmu, czyli do odbioru kultowego. Namowy te były prawdopodobnie zupełnie zbędne, jako że niczym nieskrępowane salwy śmiechu skutecznie prowokował paradujący po leśnej głuszy w przykrótkich spodenkach protagonista o bujnej blond czuprynie, niezamierzenie wprowadzane homoerotyczne podteksty, nieudolne punchline’y czy ekspozycje bohaterów konstruowane wokół kwestii pokroju: „Ostatni raz widziałem cię, gdy ratowałeś mi życie i sam zostałeś trafiony”. Dopisała frekwencja, dopisały dobre nastroje. Wśród widowni zabrakło jedynie kostiumów komandosa, gumowych granatów i symultanicznego odtwarzania marnych dialogów.

 

[Adam Cybulski]



poniedziałek, 20 października 2014, filmoznawczo

Polecane wpisy