Blog > Komentarze do wpisu
Peter Greenaway: Eisenstein jest moim idolem!
Program filmowy Petera Greenawaya związany z wizytą reżysera w Łodzi: 6.11 godz. 18.00 Kino Charlie „Goltzius”, 7.11 godz. 17.00 Aula A1 Uniwersytet Łódzki (ul. Pomorska 171/173) spotkanie z Peterem Greenawayem, 8.11 Kino Szkole (Szkoła Filmowa w Łodzi)godz. 16.00 Kontrakt rysownika, godz. 18.00 Księgi Prospera, godz. 20.20 Pillow Book, 9.11 Kino Szkolne (Szkoła Filmowa w Łodzi)godz. 16.00 Straż nocna. Zapraszamy również do lektury wywiadu przeprowadzonego przez Mariolę Wiktor z brytyjskim filmowcem:

Mariola Wiktor: Rodzina Saskii, żony Rembrandta pochodziła z Krakowa, ale to chyba nie wystarczający powód, dla którego zdecydował się pan realizować większość zdjęć do „Straży nocnej” w Polsce?

 

Peter Greenaway: Oczywiście, że nie! Decyzja ta nie miała nic wspólnego ani z polityką, ani moimi sympatiami czy jakimiś sentymentami. To po prostu wynik konkretnych umów koproducenckich. Żyjemy w czasach, w których bardzo trudno jest sfinansować duży projekt filmowy tylko przez jeden kraj. Dla potrzeb tej realizacji dostaliśmy wsparcie budżetowe nie tylko z Polski ale także z Holandii, Wielkiej Brytanii i Kanady, gdzie miała miejsce postprodukcja. Do wspólnej kasy dołożyła się także Walia, ponieważ jestem z urodzenia Walijczykiem. Nie bez znaczenia było to, ze w Polsce najtaniej można wynająć studio. Byłem wcześniej we Wrocławiu i spodobały mi się miejsca, w których mieliśmy kręcić zdjęcia. Znalazłem tutaj także bardzo ofiarnie i entuzjastycznie pracującą ekipę ludzi zaangażowanych w produkcję, kostiumologów, charakteryzatorów, fachowców od efektów specjalnych, specjalistów, którzy pomagali w castingach oraz pracy na planie, a także statystów.

 

M.W.: Powierzył Pan polskim aktorom kilka znaczących ról. Na przykład Krzysztof Pieczyński grający Jacoba de Roy to mężczyzna, znający sekret zbrodni, ukryty w obrazie. To jedyna oprócz autoportretu Rembrandta postać ze „Straży nocnej”, która patrzy prosto w oczy oglądającego malowidło.

 

P.G.: Tak, to prawda. Jacob de Roy zgłębił tajemnice. To obserwator, człowiek, który patrzy na świat z dystansem, komentator wydarzeń, narrator. Ten, który wie. To ja. Ale jak pani widzi jestem o wiele bardziej prowokacyjny i ironiczny, niż grana przez aktora postać (śmiech!) Starałem się go zachęcić, by był bardziej prowokacyjny, niż ironiczny. On jest ok. ale wolałbym, by bardziej rozwinął tę prowokacyjność. Wybrałem Krzysztofa Pieczyńskiego, bo był najlepszy. W sumie przesłuchaliśmy około 300 polskich aktorów. Wiem, ze Krzysztof grał w teatrach amerykańskich i ma amerykański akcent. Inny, niż pozostali Polacy. Jednak właśnie dlatego nie zawsze wyczuwał ironię niektórych angielskich metafor. Nawet aktorzy posługujący się od dziecka angielskim maja z tym problemy. Z pozostałych polskich aktorów zaskoczył mnie Andrzej Seweryn. Nie dość, ze dobrze mówi i gra po francusku to także znakomicie posługuje się językiem angielskim. Często lepiej niż aktorzy, którzy pozostali i pracują w Polsce. No cóż, to była koprodukcja. Nie miałem wyjścia. Musiałem zatrudnić polskich aktorów.

 


PETER GREENAWAY POJAWI SIĘ

NA 19. FKE "CINERGIA" w ŁODZI

 

M.W.: Łączy pan w swoich filmach nowatorstwo i tradycję…

 

P.G.: Chociaż uważam, że za pomocą ludzkiej wyobraźni można powiedzieć sto razy więcej o kondycji człowieka, niż odwzorowując rzeczywistość, to ja szanuję tradycję. I nie ma w tym żadnej sprzeczności, jeśli ta tradycja jest punktem wyjścia dla dalszych poszukiwań, eksperymentów, przetwarzania. Przecież moje filmy są pełne odniesień do sztuki europejskiej. „Straż nocna” nie jest kolejną opowieścią biograficzną o wielkim malarzu. Rozpoczyna się w 1642 roku, kiedy powstaje najsłynniejszy holenderski obraz. Rembrandt to dla mnie filmowiec-reżyser, to na długo przed wynalazkiem braci Lumière jeden z pionierów kina, obok Caravaggia i Velasqueza, używający pędzla zamiast kamery. Gdyby żył dziś byłby skrzyżowaniem Micka Jaggera i Billa Gatesa. Był taka ikona kultury i sukcesu w XVII wieku, jak ci dwaj obecnie. „Straż nocna” nie jest tez filmem historycznym, bo czymże innym jest historia niż grą, manipulacją, propagandą? Ten film to rodzaj interakcji, która pokazuje związki filmu z malarstwem, wzajemne oddziaływania na siebie tych dwóch dziedzin sztuki. To seria żywych obrazów, odpowiednio oświetlonych i precyzyjnie zakomponowanych. W moim wcześniejszym filmie „Kontrakt rysownika” cała fabuła zorganizowana jest wokół domniemanego morderstwa, które nie zostaje pokazane, a jedynie zasugerowane. Inspiracją było tutaj dla mnie „Powiększenie” Antonioniego. Tak więc nieustannie podejmuje grę i dialog z tradycja. Nie odrzucam jej, bo bez odniesień do niej nie da się czytać moich filmów.

 

M.W.: „Straż nocna” to jednak w porównaniu z pana wcześniejszymi, bardziej eksperymentalnymi filmami, jak choćby trylogia o „Walizkach Tulse'a Lupera – zupełnie inne, choć tez specyficzne kino. Czy uważa Pan, że jest mu z nim bliżej do bycia reżyserem mainstreamowym, o czym od zawsze Pan marzył?

 

P.G.: Ależ czuje się nim! „Walizki Tulse'a Lupera” to nie był projekt dla kina tylko multimedialna instalacja, rodzaj gry wideo. Obejrzało ją 160 000 ludzi na całym świecie. „Walizki...” mają swoją stronę internetową, która ciągle się powiększa. Rośnie także liczba internautów zainteresowanych tym projektem. Natomiast „Straż nocna” to jest film edukacyjny o sztuce dla burżuazyjnej publiczności, a więc można by rzec, że o znacznie mniejszym zasięgu oddziaływania. Kino, które ilustruje  historię i jest zapisem linearnej narracji, bo od czasów Griffitha do Martina Scorsese, nie rozwinęło się nawet o krok, liczy sobie niewiele ponad 100 lat, podczas gdy historia malarstwa obejmuje ponad 8000 lat. Takie tradycyjnie rozumiane kino po prostu zanika. Nie znam polskich statystyk, ale od wielu juz lat mieszkam w Holandii i wiem, ze przeciętny Holender chodzi do kina raz lub dwa razy w roku. Bo co to jest za kino, które ogląda? To jest bajeczka na dobranoc dla dorosłych. W dodatku bardzo kiepska, banalna, uproszczona, powierzchowna, produkowana dla niezbyt dobrze wyedukowanego odbiorcy. Gdyby miała pani do wyboru, to co wolałaby pani obejrzeć: „Gwiezdne wojny” czy „Pancernika Potiomkina”?

 

M.W.: „Potiomkina”.

 

P.G.: Ja też! Wierze, że kiedyś będzie się oglądać „Gwiezdne wojny” jak XVI wieczną ramotkę. Eisenstein do dziś jest moim idolem. Dostaję od niego to, czego oczekuję od kina: zabawy formą, wyrafinowanego montażu, gry skojarzeń, intelektualnej przygody...

 

(Fragmenty wywiadu Marioli Wiktor, „Film” 2007/nr 11)



środa, 29 października 2014, filmoznawczo

Polecane wpisy